Mysibrat Miauczura – „Porwanie w Tiutiurlistanie”, rysował Adam Marczyński
Jak widać, chrześniakiem kota była mysz…
Poniższy kotek „myszolubek” przypomiał mi jedną z najpiękniejszych postaci z mojej literatury dziecięcej, kota Mysibrata Miauczuę z „Porwania w Tiutiurlistanie” (1946) Wojciecha Żukrowskiego. Tamten został wygoniony, dosłowanie wykopany, przez właściciela młyna za litość i sympatię dla myszy, na które miał polować. Cała książka jest taka „humanistycznie utopijna”, jak ktoś napisał. Przyjaźń zwierząt przykładem dla świata ludzi.
Mam wydanie z ilustracjami Adama Marczyńskiego, z roku 1965, takie samo jak pierwsze wydanie, ale chyba z inną okładką. Potem były kolejne wydania, inne ilustracje – nawet nagradzane, ja polubiłam to. Pamiętam jeszcze spektakl Teatru Lalkowego, na podstawie „Porwania…”, chyba z ok. 1976 roku, nadawany w czasie ferii zimowych. Wielkie, elektryzujące, przeżycie. Podobnie wielką rzeczą dla dziecka była ta epicka i wzruszająca książka.
Świat wyobraźni. Miejsce gdzie kot jest ukochanym dzieckiem i najbliższym przyjacielem zarazem.
Szwedzki twórca Sven Nordqvist (ur. 1946) napisał i narysował ksiażkowe historie ze starym farmerem o imiemiu Pettson i kocie nazwanym Findus.
/obrazki do obejrzenia w galerii/
Część obrazków pochodzi z tego wpisu na fairyroom.ru.
Przypadkiem odkryłam, że Tomasz Bogacki (ur. 1950), autor ilustracji do pamiętnej dla pewnego pokolenia dziecięcej książeczki „Ameba” (1976), autorstwa Marii Terlikowskiej (1920-1990), stworzył piękne, ciepłe, a nawet poetyckie, grafiki do swoich własnych, i innych autorów, książek obrazkowych wydawanych za granicą. Książek zamieszkałych np. przez takie ciekawe istoty: kot i mysz w śniegu… a potem „w zawieszeniu”.
Tomasz Bogacki – „Kot i mysz”, 1996, tempera, papier, 35x56cm; ilustracja do książki „Cat and Mouse in the Snow” by Tomek Bogacki (1999)Tomasz Bogacki – „Kot i mysz”, 1996, tempera, papier, 35x56cm; ilustracja do jednej z czterech ksiażek o kocie i myszy
Posiadam wspomnianą „Amebę” (wyd. KAW, 1976); sfotografowałam stronę, na której ameba upodabnia się do szeregu lepiej znanych dzieciom zwierzątek. Tekst też ciekawy… A jeszcze niżej okładka książki.
„Ameba”, ilustracje – strona ze zwierzętami; Tomasz Bogacki, tekst – Maria Terlikowska / Autorka zdjęcia: Iskierki.in„Ameba” / źródło
Miałam co najmniej jeszcze jedną książeczkę z ilustracjami Bogackiego, mianowicie „Króliczka” (ok. 1979) Marii Janczarskiej, z serii „Z wiewórką”. Ta niestety została oddana, nie przetrwała w zbiorach z dzieciństwa.
Oczywiście jest tych zwierząt więcej niż tu… Znany mi od dziecka Józef Wilkoń (ur. 1930), artysta dla dorosłych i ilustrator książek dla dzieci.
Józef Wilkoń o zwierzętach:
„Wypowiadanie się przez zwierzęta jest moją obsesją. Mam nadzieję, że czemuś to służy, że coś mogę w ten sposób wyrazić, powiedzieć o ludziach, używając zwierzęcia jako metafory. Najpierw trzeba poznać zwierzęta. Zapamiętać jak wyglądają, jak zachowują się w ruchu. A później należy nauczyć się je namalować w różnych pozach, o różnej porze dnia i nocy.
Jeżeli artysta chce namalować zwierzęta rzetelnie, musi pokazać, jak wyrażają emocje: radość, smutek, myślenie, zadumę. Gdy artysta jest zdolny, potrafi nawet oddać zapach i smak owoców, które one zjadają.” /źródło cytatu i obrazki/
Mam wrażenie, że teraz już wszyscy wypowiadają się przez zwierzęta. W malarstwie i grafice. Zastąpiły one dawne krajobrazy, portrety ludzi czy martwe natury, tworzenie których jest teraz znacznie mniej potrzebne. Poza tym, człowiek odnalazł się w zwierzęciu, a zwierzę zostało zhumanizowane.
Ten miś jest bardzo ludzki. I z powodu kreski go tworzącej, i z powodu roli jaką odgrywa w książeczkach o samym sobie, napisanych przez Else Holmelund Minarik (1920-2012), a ilustrowanych przez Maurice’a Sendaka (1928-2012), amerykańskiego pisarza i ilustratora, najbardziej znanego z książki dla dzieci „Tam, gdzie żyją dzikie stwory”, jedynej jaką przetłumaczono na polski (w 2014). Zaś seria kilku książeczek „Mały miś” („Little Bear”) z ilustracjami Sendaka była wydawana w latach 1957-1968. W roku 2010 ukazała się ostatnia część, ilustrowana już przez kogoś innego. Do niedawna nie były tłumaczone na język polski. [Kliknij, aby powiększyć.]
Słyszę, że podniosło się oburzenie spowodowane brakiem nazwy „Boże Narodzenie” w nowym, darmowym elementarzu dla pierwszoklasistów. Że padają w nim tylko słowa: „święta”, „prezenty”, „Mikołaj”, „karp w galarecie”, itp.
I oto, po protestach, MEN przyznaje się do błędu oraz umieszcza słowa „Wigilia” i „Boże Narodzenie” w nowym Naszym Elementarzu.
A czy w moim ukochanym „Elementarzu” Falskiego było choćby słowo „święta”? Nie. Okres świąteczny wyglądał tam, jak poniżej, na dwóch kartkach. I takie były wtedy wymarzone prezenty… Może nie do końca, bo to wersja elementarza z roku 1957, używana przez co najmniej 17 lat.
Czy czuję się pokrzywdzona emocjonalnie lub moralnie z powodu takiego elementarza? Absolutnie nie. To była najpiękniejsza książka mojego życia. I każdy wiedział, co znaczyła ta choinka i te prezenty. Przecież nie żadne islamskie święto. Nawet nie było wtedy religii w szkole, jednak skądś wiedza o świętach religijnych musiała się wziąć. Poza tym, może miejsce religii jest w sferze sacrum? Czyli raczej nie w szkole, ani w urzędzie (lekcje religii w szkołach, krzyże w urzędach). Notabene, w czasach gdy sacrum mieszało się z profanum, czyli w zasadzie do niedawna, papieże miewali kochanki i dzieci.
Elementarz Falskiego – Choinka
Elementarz Falskiego – Prezenty
Byłam ostatnim, ewentualnie przedostatnim, rocznikiem, który używał elementarza Mariana Falskiego z ilustracjami Jerzego Karolaka (pierwsze wydanie – rok 1957). Zaraz potem pojawiło się wydanie z nowocześniejszym ilustracjami Janusza Grabiańskiego (1974), i ze zaktualizowanymi tekstami, oraz zupełnie inny elementarz pod nazwą „Litery” (1974), autorstwa Ewy i Feliksa Przyłubskich z ilustracjami Mieczysława Kwacza. „Litery” były elementarzem mojego brata.
A tak wyglądają Święta w najnowszym elementarzu, już po poprawce, ze słowami „Wigilia” i „Boże Narodzenie”…
Początek „Czerwonej trawy” (1950) Borisa Viana. Tak mnie kiedyś zachwycił, że przeczytałam całość powieści, nawet dwa razy. Gra słowem, zabawa znaczeniem. Poezja prozy, absurd treści. Muzyka słowa i wibracja znaczeń. Coś wpadającego w surrealizm.
„Wiatr, ciepły i senny, uderzał w okno pękiem liści. Zafascynowany Wolf przyglądał się skrawkowi dnia, który od czasu do czasu odsłaniała poruszana wiatrem gałąź. Bez powodu drgnął nagle, oparł ręce o brzeg biurka i wstał. Przechodząc zaskrzypiał klepką parkietu, po czym dla wyrównania efektu cicho zamknął drzwi. Zszedł po schodach, znalazł się na dworze i jego stopy zetknęły się z ceglaną aleją obrzeżoną pokrzywami o dwudzielnych liściach, prowadzącą do Kwadratu poprzez czerwoną trawę tej okolicy.
Sto kroków dalej maszyna wrzynała się w niebo konstrukcją z szarej stali, znacząc je nieludzkimi trójkątami.”
/tłum. Elżbieta Jogałła/
Z Wikipedii:
„W swoich utworach Vian chętnie posługiwał się absurdem i czarnym humorem. Jego teksty są pełne surrealistycznych scen oraz błyskotliwych gier słownych.” /źródło/
A po co to wszystko? Może dla formy samej? Ale gdy jest forma, to zaraz pojawia się treść. I potem trzeba ją zinterpretować.
Franciszka Themerson – „Concord” (1962)Franciszka Themerson, ilustracja do tekstu „Pan Tom buduje dom” Stefana Themersona (1950) / źródłoOkładka – „O stole, który uciekł do lasu” / Stefan Themerson ; il. Franciszka Themerson. – Warszawa ; „Nasza Księgarnia” (1963) / źródło