“Doktor Wolff był sławnym lekarzem, znanym specjalistą chorób płucnych, również neurologiem, do którego zjeżdżali chorzy i zdrowi z całego świata. Był tak rzetelny i prawy w postępowaniu, swoją praktykę prywatną miał tak rozległą, że mógł sobie pozwolić na to, aby niektórym, nawet najbogatszym pacjentom powiedzieć, że są zdrowi. Co zresztą, wiem, czynił nierzadko, równie uprzejmie jak stanowczo, ku przeważnie oburzeniu przemęczonych bogactwem i spleenem globtrotterów. Weltchmetzu i chandry, w przeciwieństwie do innych lekarzy w znanych uzdrowiskach, nie podejmował się leczyć, poświęcają swój czas i siły jedynie cierpieniom, nie budzącym wątpliwości.”
~ fragment opowiadania “Opowieści z Davos” (1961), wyd. z 1984, Bogdan Rutha (1920-1983), Wydawnictwo Łódzkie.
Książkę z opowiadaniami Bogdana Ruthy czytałam dawno temu, „Czarodziejską górę” (1924) Tomasza Manna (1875-1955) jeszcze wcześniej – wkrótce po maturze, bo nie była lekturą obowiązkową w mojej klasie.
Odnośnie powyższego cytatu, dziś wszyscy zakrzyknęliby, że Weltschmertz i chandra ze spleenem są w pełni obsługiwalnymi przez medycynę schorzeniami, nie budzącymi wątpliwości co do swojej chorobowości czy chorobliwości… Wszyscy, może poza zwolennikami antypsychiatrii.
POST SCRIPTUM
Choroba jako stan egzystencjalny, a nie „zakłócenie” egzystencji?

[źródło ilustracji:] https://lithub.com/a-brief-literary-history-of-davos/
