Takiej karty wielkanocnej jeszcze na moim blogu nie było. Wielkanocne sarny czy jelenie… 1910 rok.
Wszystkiego najlepszego!

PS. Mój poprzedni wpis edytowałam (rozszerzyłam):
Hervé Bazin – „Biuro matrymonialne”
Takiej karty wielkanocnej jeszcze na moim blogu nie było. Wielkanocne sarny czy jelenie… 1910 rok.
Wszystkiego najlepszego!

PS. Mój poprzedni wpis edytowałam (rozszerzyłam):
Hervé Bazin – „Biuro matrymonialne”
„Dzwi do agencji były otwarte, jednak mimo to Luiza wahała się…”
/ciąg dalszy na zdjęciu poniżej/

Hervé Bazin (1911-1996), początek opowiadania „Biuro matrymonialne” z 1951 roku. Bardzo udana miniproza. Dwa inne opowiadania z tego samego zbioru – „Znawca Ludzkich Serc” i „Pomyłka” – również bardzo dobre a każde ma odmienny rytm. Zapewne cała reszta jest ciekawa. Wyjątkowy dar językowo-pisarski cechujący się między innymi błyskotliwością.
Opowieści, które czyta się przyjemnie, z naturalnym zainteresowaniem, bez wysilenia. Napisane tak, jak powinna być pisana godna uwagi proza „krótkodystansowa”. Równowaga formy i treści, udane dopełnianie się obu czynników, czasami także poetyckie, np. „Przed oczami Mykologa pół tuzina ażurowych, bardziej niedorzecznych aniżeli surrealistyczna ceramika, jaskrawych okratków wprawiało w zdumienie mokrzyce, a na zgniłym korzeniu prosperowała galaretowa kolonia opieńków.” – z opowiadania Pomyłka.
Na marginesie, autor otrzymał Leninowską Nagrodę Pokoju w 1979 roku, która chyba kładzie się cieniem na jego pisaniu. Cień który padał na wielu pisarzy sympatyzujących z ideologią komunistyczną.
„Zyskał rozgłos powieściami autobiograficznymi ‚Żmija w garści’ (1948. wyd. pol. 1975) i ‚Świat się kończy’ (1949, wyd. pol. 1976), w których znalazły wyraz drastyczne stosunki panujące w rodzinie Bazina, […] kontynuator tradycyjnej prozy realistycznej i psychologicznej, czerpiący inspiracje z bacznej obserwacji życia i znajomości ludzkich charakterów.” – z przedmowy do polskiego wydania jego opowiadań, 1985.
„Konflikty z dzieciństwa z matką zainspirowały Bazina do napisania w 1948 roku powieści Żmija w pięści. Powieść ukazuje nienawiść między matką o przydomku Folcoche (od francuskiego ‚folle’ (szalona) i ‚cochonne’ (świnia) a jej dziećmi… ” /Wikipedia ENG/
„Hervé Bazin, Jean-Pierre-Marie Hervé-Bazin […] francuski pisarz, którego dowcipne i satyryczne powieści często koncentrują się na problemach rodzinnych i małżeńskich. Hervé był prawnukiem rzymskokatolickiego powieściopisarza tradycjonalistycznego René Bazina”. /Encyklopedia Britannica/
„Bazin jest twórcą sześciu obecnie praktycznie nieużywanych znaków interpunkcyjnych: znaku ironii, miłości, aklamacji, pewności, powątpiewania i autorytetu.” /Wikipedia PL/
„Biuro matrymonialne” (zbiór 8 opowiadań pochodzących z tomów wydanych we Francji w 1951 i 1963 roku), wyd. polskie „Książka i Wiedza”, 1985 (Koliber). Tłum. z franc.: Maria Fedecka-Nelken.

/groteska parakryminalna/
– Czy w Wigilię zdarzają się prawdziwe katastrofy? – zapytała żona inspektora, w chwilę po zjedzeniu pierwszych dań wigilijnych w pastelowym salonie ich przytulnego mieszkania, przytulnego aczkolwiek zapełnionego pamiątkami po wszystkich przodkach o jakich mieli pojęcie, i po wysłuchaniu niepokojących wiadomości radiowych, w których – w związku z napiętą sytuacją międzynarodową – znów straszono katastrofą atomową.
– Zależy jakie, bo moralna u nas prawie się wydarzyla – odparł inspektor.
– U nas?
– U nas w wydziale śledczym, w 1956 roku – odpowiedział. Zaginął kluczyk do schowka z narzędziami dekonstrukcyjnymi. Szukaliśmy wszędzie, nawet w torebce kochanki komisarza, która akurat wpadła na pozamałżeńską wigilię. Bez rezultatu.
– Narzędzia dekonstrukcyjne… Nie wiedziałam, że używa się takich w wydziałach śledczych. Co nimi dekonstruowaliście? Opony w samochodach przestępców?
– Nie, nie, nie… Zupełnie inne rzeczy. Dekonstruowaliśmy śledztwa konkurencji z sąsiedniej dzielnicy, czyli wydziału kryminalnego przy Rue du Mont. A teraz właśnie tego klucza nie było, teraz gdy niezwłocznie należało zepsuć ich śledztwo. Śledztwo w sprawie kradzieży lampek świątecznych z luksusowego domu towarowego w centrum miasta.
– Dlaczego zepsuć?
– By przed końcem roku mieli mniej rozwiązanych spraw niż nasz wydział, i byśmy to my, detektywi z Rue du Lac, zgarnęli nagrodę dla najlepszego zespołu w mieście. – Inspektor zrobił głupią minę, jakby poczuł się zakłopotany. – Ktoś ukradł wszystkie lampki z działu ozdób świątecznych na parterze wielkiego sklepu. Migające oraz niemigające. Puste półki, opróżniony magazyn, znikło kilkaset kartonów. Podejrzenie padło na nowego pracownika, ojca ośmioosobowej rodziny. Niemniej daleko do udowodnienia, zapewne bezsensowne insynuacje, a więc wystarczyłoby uruchomić nasze najprostsze narzędzie dekonstrukcyjne, czyli dysperser inwencji, małe prostokątne urządzenie emitująće fale alfa o częstotliwości 10 Hz, i skierować jego radiację na biurko oficera badającego sprawę. Urządzenie było wynalazkiem policyjnego inżyniera, wielbiciela powieści fantastyczno-naukowych, i już nie raz zakłóciło tok myślenia najbardziej inteligentnych śledczych z konkurencyjnego komisariatu. Jednakże teraz, w obliczu braku dostępu do dyspersera, musiałem sam popsuć śledztwo… czyli przeprowadzić rozmowę z nowo przyjętym pracownikiem, na którego padło bezsensowne podejrzenie, i któremu groziło niesłuszne, choć niewykluczone że słuszne, uwięzienie. Przekonać go, by nie dał się zastraszyć, i by skontaktował się z moim znajomym z prasy, który w swojej bulwarówce opisze te… no przecież niezbyt czyste naciski policji na jego osobę. – Inspektor uśmiechął się dobrotliwie do żony. – Ale gdyby jakimś trafem podejrzenie okazało się słuszne, wówczas ja sam doprowadziłbym do skazania tego człowieka przy pomocy szczegółowych informacji wyciągniętych od niego przez wspomnianego wcześniej znajomego z działu miejskiego „Ekspressu Wieczornego”.
– Do dziś nie wiedziałam, Ambroży, że aż tak intensywnie starałeś się o dobrobyt naszego gniazdka rodzinnego. Nałóż sobie jeszcze ryby z kurkami.
– Nałożę, jest pyszna… bo twoja. Posłuchaj co było dalej. Jeszcze w wigilię poszedłem do domu towarowego „Excellence” i na szczęście zastałem tam owego pracownika. Poszedłem mając w teczce pudełko z drewnianymi klockami dla jego dzieci. Klocki z literkami i zwierzątkami, są to jak wiesz ulubione klocki mojego dzieciństwa. Może przyniosą mi szczęście w śledztwie? Tyle że nie wiedziałem, jak zacząć. Musiałem improwizować. Wchodzę do gmachu sklepu i po paru krokach stoję przy zielono-czerwonym stoisku z całą tą świąteczną pstrokacizną, pozbawioną już jednak jakichkolwiek lampek. Tymczasem nowy pracownik pokazuje nakręcaną choinkę damie w średnim wieku, potem ozdobny świecznik komuś innemu, a gdy w końcu przyszła kolej na mnie mówię wprost:
– Pan zapewne wie, co stało się z lampkami, czyż nie?
– Nie ma już lampek… – odpowiedział z enigmatyczną zadumą.
– Tak, dziesiątki dzieci pozbawione radości na święta – odparł inspektor.
– Nie wszystkie dzieci. Wiele dzieci ma teraz czas radości.
– Co Pan powie… Pan coś wie o tej kradzieży?
– Pan wie, że wiem, więc muszę się przyznać.
– O, a jednak nie podejrzewałem.
– Brat żony mieszkający w biednej dzielnicy niedawno stracił pracę. W domu nieomal głód, do tego trójka maluchów bez choinki, bez prezentów, bez odrobiny ciepła i światła na święta. Dwóch chłopców i dziewczynka. Zabraliśmy lampki oraz parę ładnych drobiazgów. Tak, zabraliśmy, bo czyż nie zabiera się wielkim, by podarować odrobinę szczęścia malutkim? Nie jesteśmy jednak Robin Hoodami i aby odkupić grzech złodziejstwa podarowaliśmy światełka wszystkim dzieciom do piętnastego roku życia w jego dzielnicy.
– Och, a już miałem… Nie, komisarz Szkatuła o niczym się nie dowie, niech pan bedzie spokojny. – Otworzyłem moją przedwojenną teczkę. – Proszę przyjąć klocki dla dzieci. I proszę dać mi adres siostry, jeśli nie ma pan nic przeciwko, zaniosę kolejne prezenty. Przyjął klocki i podziękował, ale nie zgodził się na podanie adresu siostry. Wydawał się wzburzony i zmęczony jednocześnie. Nie męczyłem go więcej a tylko stanowczo doradziłem kontakt z umówionym dziennikarzem z „Ekspressu”, co pomoże odpędzić śledczych i wyciszyć sprawę – może na zawsze.
– Ambroży, jakim ty jesteś dobrym człowiekiem… Dysperser, zapewne wielka tajemnica waszego komisariatu, okazał się zupełnie niepotrzebny – dzięki twojemu geniuszowi detektywistycznemu, a nade wszystko dzięki twojej wybitnej moralności!
– Dziękuję, Anno, tak bardzo serdecznie dziękuję… Każdy dzień zaczynam i kończę z myślą o Tobie, inaczej nie byłbym w stanie rozwiązywać tych wszystkich trudnych spraw i historii często moralnie przerażających. Czułość zamgliła oczy inspektora.
– Posłuchajmy kolęd w radiu – powiedział.
– Dobrze, posłuchajmy choćby do północy. A co z nagrodą? – zapytała.
– Złodzieje i mordercy z okolicy jakby zapadli w sen zimowy do Nowego Roku, więc nie było zagadek do rozwiązywania. W związku z tym zastojem doszło do remisu między komisariatami, nagroda wyjątkowo nie została przyznana, co prawie się nie zdarzam bo nadal, do dziś, walczymy o bezpieczniejsze… i sprawiedliwsze miasto.
***
grudzień 2025-marzec 2026; edytowane 22 marca 2026
ilustracja: „Iskierki” oraz AI/GROK/X
Inne opowiadania i szkice: https://iskierki.in/opowiadania/
Dwa fragmenty z pierwszej książki Emila Ciorana pt. „Na szczytach rozpaczy” (1934, wydanie rumuńskie):
„Są ludzie, którzy stają się liryczni tylko w rozstrzygających momentach życia, niektórzy zaś wyłącznie w chwili agonii, kiedy cała ich przeszłość aktualizuje się i porywa ich niczym potok. Większość wszakże poddaje się liryczności w następstwie doświadczeń zasadniczych, gdy wzburzenie najgłębszych warstw ich osobowości osiąga szczytowy paroksyzm. Na przykład kiedy ludzie o nastawieniu obiektywnym i bezosobowym, obcy samym sobie i głębokim aspektom rzeczywistości stają się więźniami miłości — doświadczają uczucia, które uruchamia wszystkie ich rezerwy osobowe. Fakt, że niemal wszyscy ludzie układają wiersze, gdy kochają, dowodzi, że środki myślenia pojęciowego są zbyt ubogie, aby mogły wyrazić ich wewnętrzną nieskończoność i że liryzm, jaki w sobie noszą, może się w sposób adekwatny zobiektywizować jedynie wykorzystując tworzywo płynne i irracjonalne.”
Tłum. I. Kania, z dzieła: „Na szczytach rozpaczy” (1934), rozdział pierwszy pt. „Być lirycznym”
„Są doświadczenia, po których człowiek nie może już dalej żyć. Czujemy wówczas, że cokolwiek byśmy robili, nie ma to już żadnego znaczenia. Gdy bowiem człowiek dotarł do granic życia, gdy w zapamiętaniu przeżył wszystko, co na owych groźnych rubieżach można znaleźć, codzienne gesty i zwykłe dążenia tracą wszelki urok i czar. Jeśli mimo wszystko żyjemy nadal, zawdzięczamy to naszej zdolności do obiektywizacji przez pisanie, uwalniające nas od niesłychanego napięcia. Twórczość jest tymczasowym wybawieniem ze szponów śmierci. Czuję, że mogę rozpaść się na kawałki pod naporem wszystkiego, co niosą mi życie i perspektywa śmierci. Czuję, że umieram z samotności, z miłości, z rozpaczy, z nienawiści — ze wszystkiego, co może mi zaofiarować ten świat. To jest tak, jak gdyby każde przeżycie wypełniało mnie niczym balon, ponad granice jego wytrzymałości. Przeżywając najintensywniej i najstraszniej zwracamy się ku nicości.”
Tłum. I. Kania, z dzieła „Na szczytach rozpaczy” (1934), rozdział trzeci pt. „Nie móc już żyć”.
***
Miłość i śmierć czynią człowieka podobnie bezbronnym.
Cioran, z zawodu „mizantrop”, był również dość inteligentnym obserwatorem, nawet jeśli za bardzo prześladowanym przez własną skłonność do przesady.
Jeszcze trochę zimowo, więc taka ilustracja…

***
stłuczone serca
kurz na choince
zegary poświąteczne
💖🎄🕰️
błędna iskra
żar serc papierowych
postaci
✨🎄👩❤️👨
miłość
krótsza niż mgnienie
wskazówki zegara
🕯️💞🕰️

Zając – jedno z najsympatyczniejszych stworzeń ze świata natury. Roślinożerny łąkowy harcownik. Radosne, niewinne stworzenie. Niemniej przed wiekami niesłusznie prześladowany jako nośnik zła i zepsucia.
„Człowiecze serce moje niewiele wie więcej.
Oprócz tego, że cierpi. Tego, że się boi –
Jakże mało się różnię od sarn i zajęcy
Moich braci strwożonych i sióstr biednych moich.”~ Zofia Romanowiczowa (1922–2010) – polska pisarka, poetka i tłumaczka
„Zające szaraki są wyłącznie roślinożerne. Piją wodę ze zbiorników sporadycznie, najczęściej wystarcza im rosa z roślin, którymi się żywią. Wiosną i latem spożywają niewielkie nadziemne części roślin, jesienią mogą zjadać korzonki lub inny wydobywany spod ziemi pokarm roślinny. W zimie obgryzają gałązki drzew i krzewów, wczesną wiosną zjadają młode pędy. Zające szaraki nie kopią nor. Śpią w wyciśniętych podczas leżenia nieckach, które nazywa się kotlinkami. Odżywiają się zarówno w dzień, jak i w nocy. Wzrok mają raczej słaby. Ruch rozpoznają doskonale, nawet ze sporej odległości, ale nieruchome przedmioty rozróżniają słabo. W normalnych warunkach nigdy nie wydają głosu. Ich charakterystyczny głos, tak zwane kniazienie, można usłyszeć tylko wtedy, gdy są ścigane na przykład przez psa, lub są ranne i zagrożone. Nie boją się wody – w razie potrzeby potrafią pływać.”
/Zając szarak – Wikipedia/
Ilustracja: „A male and female Rocky Mountain Hares from ‚The Quadrupeds of North America’.” (Samiec i samica zająca z Gór Skalistych z książki „Czworonogi Ameryki Pólnocnej”.) Okres wydawania: 1851-54.
/2023/

PS
Kolejne wpisy prawdopodobnie za kilkanaście tygodni.
Wiersz znaleziony w starym kalendarzu z lat 80.
Kalendarz pełen radości
Nowy Rok. Dwa krótkie słowa –
i wszystko będzie od nowa:
styczeń, luty i marzec:Bałwanki, sanki, sasanki,
ciepły wiatr wydmie firanki –
i już się wiosna pokaże.Powrócą ptaki z południa
las się rozśpiewa jak lutnia:
kwiecień, maj –
dwa pachnące miesiące.A potem stanie przed domem
czerwiec z koszykiem poziomek,
czerwiec promieni jak słońce.A lipiec przysiądzie na lipie,
miodowym kwiatem posypie,
zapachnie żniwem i żytem.Potem nad sadem rozbłyśnie
sierpień rumiany jak wiśnie,
sierpień okryty błękitem.Srebrny od nitek pajęczych
wrzesień dzwonkami zadźwięczy:
– Dzieci, już pora do szkoły!Ech, pora kolorowa,
błyszcząca, kasztanowa,
październik, październik wesoły!Listopad – wiatr jak latawiec
i biały szron na murawie
i chmury śniegiem pachnące.Grudzień z choinką i w szubie.
Lubię choinkę i grudzień, lubię
cały rok – wszystkie miesiące!~ Maria Terlikowska (1920-1990)
https://pl.wikipedia.org/wiki/Maria_Terlikowska
Poniżej ilustracje Britt-Lis Erlandsson-Seldinger (1920-2009).



Wesołych Świąt Wielkanocnych!
Dwie ilustracje z książeczki pt. „Dzwony Wielkanocne”. „Easter Bells [Sacred songs illustrated by F. H. Jackson, etc.]”, London, 1889 (British Library).
„Krzyż Prawdziwy, Święty Krzyż – nazwa fizycznych pozostałości, które zgodnie z chrześcijańską tradycją należały do krzyża, na którym został zabity Jezus Chrystus.
Zgodnie z tradycją cesarz Konstantyn I Wielki na Soborze w Nicei w 325 poznał Makarego, bpa Jerozolimy, który opowiedział mu, że w tym mieście znajdują się pamiątki po śmierci Chrystusa, ale przysypane ziemią i gruzami po zburzeniu Jerozolimy w 70 i 132 r. Cesarz wysłał na poszukiwania relikwii swą matkę. Święta Helena, matka cesarza Konstantyna, udała się do Jerozolimy w 326–28. W drodze pomagała biednym. Odnalazła trzy drewniane krzyże użyte podczas krzyżowania Jezusa i dwóch złoczyńców razem z nim. Były ukryte w cysternie znajdującej się niedaleko Golgoty. Zdaniem św. Ambrożego z Mediolanu i św. Jana Chryzostoma, zidentyfikowanie Krzyża było możliwe jedynie dzięki titulusowi wymieniającemu imię skazańca. Inna wersja głosi, że w objawieniu dowiedziała się, który krzyż jest prawdziwy.”
Przysłowia mądrością ludu i narodów, więc przytaczam garść noworocznych…
- Co Nowy Rok nakaże, to wrzesień pokaże.
- Do Trzech Króli od Nowego Roku przybyło dnia o baranim skoku.
- Gdy Nowy Rok mglisty – zjedzą kapustę glisty.
- Gdy Nowy Rok w progi, to stary rok w nogi.
- Gdy w Nowy Rok skwar i upał, baran wilka będzie chrupał.
- Gdy w Nowy Rok pluta, ze żniwem też będzie pokuta.
- Jak Nowy Rok jasny i chłodny – cały roczek pogodny i płodny.
- Jaki Nowy Rok, taki cały rok.
- Jak się Katarzyna głosi, tak się Nowy Rok nosi.
- Na Nowy Rok pogoda, będzie w polu uroda.
- Na Nowy Rok przybywa dnia na barani skok.
- Nowy Rok nastaje, każdemu ochoty dodaje.
- Nowy Rok pochmurny, zbiór będzie durny.
- Nowy Rok pogodny, zbiór będzie dorodny.
- Taką pogodę Nowy Rok przynosi, jaka na Jana od Krzyża się głosi.
– przysłowia polskie
„Rzymianie poświęcili ten dzień Janusowi, bogu bram, drzwi i początków. Janus miał dwa oblicza — jedno spoglądało w przód, drugie wstecz — i właśnie od niego wziął swą nazwę styczeń.”
Opis: por. nazwy łac. ianuarius, ang. January.
Źródło: The World Book Encyclopedia, 1984, t. 14, s. 237.”
/źródło: Wikicytaty/

Coś z czasów Wiary pierwszych chrześcijan, cytaty z nauk jednego z ojców Kościoła:
„Albowiem to, co dotyczy naszego Pana, Jezusa Chrystusa, jest zarazem Boskie i ludzkie. I tak, dwojakie jest Jego narodzenie: jedno z Boga, przed początkiem czasów; drugie z Dziewicy, gdy dopełniły się czasy. Dwojakie też i przyjście: pierwsze – ukryte, jak rosy na runo; drugie – jawne, to, które nastąpi.”
„Kto chce mówić o istocie Boga, niech najpierw opisze granice świata.”
„Kiedy słońce ukaże się temu, który do tej pory pozostawał w ciemnościach, to otrzymuje światło dla swoich cielesnych oczu i wyraźnie widzi to, czego przedtem nie dostrzegał. Podobnie i ten, który został uznany godnym daru Ducha Świętego, zostaje oświecony na duszy i wyniesiony ponad to, co ludzkie, widzi to, co dotąd było mu nieznane”
Cytaty pochodzą z katechez Cyryla Jerozolimskiego (ok. 315–386) – pisarza i teologa wczesnochrześcijańskiego, jednego z ojców Kościoła, greckiego biskupa Jerozolimy (348-386) i doktora Kościoła, świętego Kościoła katolickiego, ormiańskiego, koptyjskiego, prawosławnego, ewangelickiego, anglikańskiego.
***
Spokojnych i błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia!


Josquin des Prés – „Benedicta es, cælorum regina” (motet z 1520 roku)