Hervé Bazin – „Biuro matrymonialne”

„Drzwi do agencji były otwarte, jednak mimo to Luiza wahała się…”
/ciąg dalszy na zdjęciu poniżej/

Fragment tekstu w języku polskim, opisujący sytuację związaną z agencją i interakcjami między postaciami. / 
Hervé Bazin, początek opowiadania "Biuro matrymonialne", pierwsza strona

Hervé Bazin (1911-1996), początek opowiadania „Biuro matrymonialne” z 1951 roku. Bardzo udana miniproza. Dwa inne opowiadania z tego samego zbioru – „Znawca Ludzkich Serc” i „Pomyłka” – również bardzo dobre a każde ma odmienny rytm. Zapewne cała reszta jest ciekawa. Wyjątkowy dar językowo-pisarski cechujący się między innymi błyskotliwością.

Opowieści, które czyta się przyjemnie, z naturalnym zainteresowaniem, bez wysilenia. Napisane tak, jak powinna być pisana godna uwagi proza „krótkodystansowa”. Równowaga formy i treści, udane dopełnianie się obu czynników, czasami także poetyckie, np. „Przed oczami Mykologa pół tuzina ażurowych, bardziej niedorzecznych aniżeli surrealistyczna ceramika, jaskrawych okratków wprawiało w zdumienie mokrzyce, a na zgniłym korzeniu prosperowała galaretowa kolonia opieńków.” – z opowiadania Pomyłka.

Na marginesie, autor otrzymał Leninowską Nagrodę Pokoju w 1979 roku, która chyba kładzie się cieniem na jego pisaniu. To cień, który padał na wielu pisarzy sympatyzujących z ideologią komunistyczną.

„Zyskał rozgłos powieściami autobiograficznymi 'Żmija w garści’ (1948. wyd. pol. 1975) i 'Świat się kończy’ (1949, wyd. pol. 1976), w których znalazły wyraz drastyczne stosunki panujące w rodzinie Bazina, […] kontynuator tradycyjnej prozy realistycznej i psychologicznej, czerpiący inspiracje z bacznej obserwacji życia i znajomości ludzkich charakterów.” – z przedmowy do polskiego wydania jego opowiadań, 1985.

„Konflikty z dzieciństwa z matką zainspirowały Bazina do napisania w 1948 roku powieści Żmija w pięści. Powieść ukazuje nienawiść między matką o przydomku Folcoche (od francuskiego 'folle’ (szalona) i 'cochonne’ (świnia) a jej dziećmi… ” /Wikipedia ENG/

„Hervé Bazin, Jean-Pierre-Marie Hervé-Bazin […] francuski pisarz, którego dowcipne i satyryczne powieści często koncentrują się na problemach rodzinnych i małżeńskich. Hervé był prawnukiem rzymskokatolickiego powieściopisarza tradycjonalistycznego René Bazina”. /Encyklopedia Britannica/

„Bazin jest twórcą sześciu obecnie praktycznie nieużywanych znaków interpunkcyjnych: znaku ironii, miłości, aklamacji, pewności, powątpiewania i autorytetu.” /Wikipedia PL/

„Biuro matrymonialne” (zbiór 8 opowiadań pochodzących z tomów wydanych we Francji w 1951 i 1963 roku), wyd. polskie „Książka i Wiedza”, 1985 (Koliber). Tłum. z franc.: Maria Fedecka-Nelken.

Inspektor Kluczyk i świąteczna katastrofa

Para siedząca przy świątecznym stole w dekorowanej jadalni, z choinką i kominkiem w tle. Na stole widać talerze z potrawami i świeczkę.

/groteska parakryminalna/

– Czy w Wigilię zdarzają się prawdziwe katastrofy? – zapytała żona inspektora, w chwilę po zjedzeniu pierwszych dań wigilijnych w pastelowym salonie ich przytulnego mieszkania, przytulnego aczkolwiek zapełnionego pamiątkami po wszystkich przodkach o jakich mieli pojęcie, i po wysłuchaniu niepokojących wiadomości radiowych, w których – w związku z napiętą sytuacją międzynarodową – znów straszono katastrofą atomową.

– Zależy jakie, bo moralna u nas prawie się wydarzyla – odparł inspektor.

– U nas?

– U nas w wydziale śledczym, w 1956 roku – odpowiedział. Zaginął kluczyk do schowka z narzędziami dekonstrukcyjnymi. Szukaliśmy wszędzie, nawet w torebce kochanki komisarza, która akurat wpadła na pozamałżeńską wigilię. Bez rezultatu.

– Narzędzia dekonstrukcyjne… Nie wiedziałam, że używa się takich w wydziałach śledczych. Co nimi dekonstruowaliście? Opony w samochodach przestępców?

– Nie, nie, nie… Zupełnie inne rzeczy. Dekonstruowaliśmy śledztwa konkurencji z sąsiedniej dzielnicy, czyli wydziału kryminalnego przy Rue du Mont. A teraz właśnie tego klucza nie było, teraz gdy niezwłocznie należało zepsuć ich śledztwo. Śledztwo w sprawie kradzieży lampek świątecznych z luksusowego domu towarowego w centrum miasta.

– Dlaczego zepsuć?

– By przed końcem roku mieli mniej rozwiązanych spraw niż nasz wydział, i byśmy to my, detektywi z Rue du Lac, zgarnęli nagrodę dla najlepszego zespołu w mieście. – Inspektor zrobił głupią minę, jakby poczuł się zakłopotany. – Ktoś ukradł wszystkie lampki z działu ozdób świątecznych na parterze wielkiego sklepu. Migające oraz niemigające. Puste półki, opróżniony magazyn, znikło kilkaset kartonów. Podejrzenie padło na nowego pracownika, ojca ośmioosobowej rodziny. Niemniej daleko do udowodnienia, zapewne bezsensowne insynuacje, a więc wystarczyłoby uruchomić nasze najprostsze narzędzie dekonstrukcyjne, czyli dysperser inwencji, małe prostokątne urządzenie emitująće fale alfa o częstotliwości 10 Hz, i skierować jego radiację na biurko oficera badającego sprawę. Urządzenie było wynalazkiem policyjnego inżyniera, wielbiciela powieści fantastyczno-naukowych, i już nie raz zakłóciło tok myślenia najbardziej inteligentnych śledczych z konkurencyjnego komisariatu. Jednakże teraz, w obliczu braku dostępu do dyspersera, musiałem sam popsuć śledztwo… czyli przeprowadzić rozmowę z nowo przyjętym pracownikiem, na którego padło bezsensowne podejrzenie, i któremu groziło niesłuszne, choć niewykluczone że słuszne, uwięzienie. Przekonać go, by nie dał się zastraszyć, i by skontaktował się z moim znajomym z prasy, który w swojej bulwarówce opisze te… no przecież niezbyt czyste naciski policji na jego osobę. – Inspektor uśmiechął się dobrotliwie do żony. – Ale gdyby jakimś trafem podejrzenie okazało się słuszne, wówczas ja sam doprowadziłbym do skazania tego człowieka przy pomocy szczegółowych informacji wyciągniętych od niego przez wspomnianego wcześniej znajomego z działu miejskiego „Ekspressu Wieczornego”.

– Do dziś nie wiedziałam, Ambroży, że aż tak intensywnie starałeś się o dobrobyt naszego gniazdka rodzinnego. Nałóż sobie jeszcze ryby z kurkami.

– Nałożę, jest pyszna… bo twoja. Posłuchaj co było dalej. Jeszcze w wigilię poszedłem do domu towarowego „Excellence” i na szczęście zastałem tam owego pracownika. Poszedłem mając w teczce pudełko z drewnianymi klockami dla jego dzieci. Klocki z literkami i zwierzątkami, są to jak wiesz ulubione klocki mojego dzieciństwa. Może przyniosą mi szczęście w śledztwie? Tyle że nie wiedziałem, jak zacząć. Musiałem improwizować. Wchodzę do gmachu sklepu i po paru krokach stoję przy zielono-czerwonym stoisku z całą tą świąteczną pstrokacizną, pozbawioną już jednak jakichkolwiek lampek. Tymczasem nowy pracownik pokazuje nakręcaną choinkę damie w średnim wieku, potem ozdobny świecznik komuś innemu, a gdy w końcu przyszła kolej na mnie mówię wprost:

– Pan zapewne wie, co stało się z lampkami, czyż nie?

– Nie ma już lampek… – odpowiedział z enigmatyczną zadumą.

– Tak, dziesiątki dzieci pozbawione radości na święta – odparł inspektor.

– Nie wszystkie dzieci. Wiele dzieci ma teraz czas radości.

– Co Pan powie… Pan coś wie o tej kradzieży?

– Pan wie, że wiem, więc muszę się przyznać.

– O, a jednak nie podejrzewałem.

– Brat żony mieszkający w biednej dzielnicy niedawno stracił pracę. W domu nieomal głód, do tego trójka maluchów bez choinki, bez prezentów, bez odrobiny ciepła i światła na święta. Dwóch chłopców i dziewczynka. Zabraliśmy lampki oraz parę ładnych drobiazgów. Tak, zabraliśmy, bo czyż nie zabiera się wielkim, by podarować odrobinę szczęścia malutkim? Nie jesteśmy jednak Robin Hoodami i aby odkupić grzech złodziejstwa podarowaliśmy światełka wszystkim dzieciom do piętnastego roku życia w jego dzielnicy.

– Och, a już miałem… Nie, komisarz Szkatuła o niczym się nie dowie, niech pan będzie spokojny. – Otworzyłem moją przedwojenną teczkę. – Proszę przyjąć klocki dla dzieci. I proszę dać mi adres siostry, jeśli nie ma pan nic przeciwko, zaniosę kolejne prezenty. Przyjął klocki i podziękował, ale nie zgodził się na podanie adresu siostry. Wydawał się wzburzony i zmęczony jednocześnie. Nie męczyłem go więcej a tylko stanowczo doradziłem kontakt z umówionym dziennikarzem z „Ekspresu”, co pomoże odpędzić śledczych i wyciszyć sprawę – może na zawsze.

– Ambroży, jakim ty jesteś dobrym człowiekiem… Dysperser, zapewne wielka tajemnica waszego komisariatu, okazał się zupełnie niepotrzebny – dzięki twojemu geniuszowi detektywistycznemu, a nade wszystko dzięki twojej wybitnej moralności!

– Dziękuję, Anno, tak bardzo serdecznie dziękuję… Każdy dzień zaczynam i kończę z myślą o Tobie, inaczej nie byłbym w stanie rozwiązywać tych wszystkich trudnych spraw i historii często moralnie przerażających. Czułość zamgliła oczy inspektora.

– Posłuchajmy kolęd w radiu – powiedział.

– Dobrze, posłuchajmy choćby do północy. A co z nagrodą? – zapytała.

– Złodzieje i mordercy z okolicy jakby zapadli w sen zimowy do Nowego Roku, więc nie było zagadek do rozwiązywania. W związku z tym zastojem doszło do remisu między komisariatami, nagroda wyjątkowo nie została przyznana, co prawie się nie zdarzam bo nadal, do dziś, walczymy o bezpieczniejsze… i sprawiedliwsze miasto.

***
grudzień 2025-marzec 2026; edytowane 22 marca 2026
ilustracja: „Iskierki” oraz AI/GROK/X

Inne opowiadania i szkice: https://iskierki.in/opowiadania

kolacja wigilijna, inspektor siedzi z żoną przy kwadratowym stole z białym obrusem, salon z kominkiem, choinka i stare meble - czarno-biały rysunek