O, uśmiech, pierwszy uśmiech, ten nasz uśmiech.
Jakżeśmy czuli wspólnie: wdychać zapach lip,
wsłuchać się w ciszę parku — nagle wzajem
patrzeć na siebie, dziwić się — po uśmiech.
W owym uśmiechu było przypomnienie
zająca, który właśnie w tamtej stronie
igrał na łące; to było dzieciństwo
uśmiechu. Już poważniejszy się zdawał
ruch łabędzia, przydany mu, którego później
ujrzeliśmy, gdy dzielił staw na dwie połowy
cichego zmierzchu. — I skłony wierzchołków
wobec czystego, ubiegającego przyszłość
nocnego nieba, powściągnęły uśmiech
ukrócając go przed zachwyconą
przyszłością w twarzy.
. napisał Rainer Maria Rilke tłumaczył Mieczysław Jastrun
***
Co zrobisz, gdy ja umrę, Panie?
Jam dzban twój (kiedy zbiję się w kawały?)
Jam napój twój (kiedy się kwaśny stanie?)
Jam twe rzemiosło, twe ubranie,
beze mnie stracisz sens twój cały.
Beze mnie, po mnie, dom postradasz,
w którym cię bliskie słowa grzały.
Spadnę z twych ciężkich stóp, jak spada
ten, którym jest twój aksamitny sandał.
Twój płaszcz nie będzie ci osłoną.
Twój wzrok, który, jak ciepłym łożem
wdycham policzkiem moim, Boże
szukać mnie będzie w każdej porze,
aż go utuli o wieczorze
obcych kamieni zimne łono.
Rozmawiam z mężczyzną, który zamiata rynsztok
Długą szczotką na kiju
Pokrytą twardą, niezawodną szczeciną.
„Odkąd wziąłem tę pracę
Nie chce ze mną rozmawiać nawet żona,
Ale nie było nic innego do wzięcia”.
Tak, tak, tak, melancholijny człowieku,
którego wzrok odwrócony jest na zawsze w stronę
Podartych listów miłosnych,
Resztek zeszłotygodniowych wymiocin, zapałek,
I wilgoci tytoniu, co eksplodował z bibułki,
Wiem, że marzy ci się jesień
I jej zbawienne posłanie,
Ożywione liście, co mówią ci
O rzeczach niepotrzebnych,
I opowiadają ustami nieznajomego
O czterech porach śmieci,
Cudzymi ustami, które trajkoczą
Wśród upuszczonych monet i niedopałków.
. napisał Douglas Dunn, 1969
tłumaczył Piotr Sommer
Wiersz pt. „Mateusz V. (29-30)” Dereka Mahona w tłumaczeniu Piotra Sommera.
Panie, zgrzeszyło oko moje, więc wyłupiłem je.
Przedstaw sobie mój smutek
kiedy obraza trwała dalej.
Wyłupiłem
drugie; ale obraza trwała dalej.
Teraz, w ciemności, i po omacku,
zgoliłem głowę.
(Obraza trwała dalej.)
Usunąłem ucho,
potem drugie, rozprawiłem się z nosem.
Obraza trwała dalej.
Przedstaw sobie mój smutek.
Dalej, długimi pasmami, skórę –
odjąłem brzytwą język, palce u nóg
i osobiste centrum wstrętu.
Obraza trwała dalej.
Lecz teraz, gdy rzecz nabrała rozpędu
i to tym bardziej, że
obraza trwała dalej.
wkroczyłem w dłuższy okres
lobotomii i wiwisekcji
redukując moje ja
do gruzowiska narządów, usypiska kości
wśród których, gdzieś,
obraza trwała dalej.
Wtedy na kości gaszone wapno, żrący kwas
na zatwardziałe trzewia;
zrównanie powierzchni ziemi,
zaoranie jej
i obsianie jęczmieniem.
Oblanie naftą metryki urodzenia, świadectw
po grypie i poronionych szkołach,
cudacznych pocztówek, czeków
tańczących jak grad,
ocalałych egzemplarzy wierszy, publikowanych
i niepublikowanych; skalpel
do nieobliczalnych przejęzyczeń wyrytych
w umysłach innych;
rozpylacz chemiczny do wiszących w powietrzu
zbłąkanych myśli
i dla tych, co wdychali je.
Stąd, choć to smutne, zgładzenie wielu ludzi
nad biurkami, w łóżkach, przy śniadaniu,
w autobusach i katamaranach;
zniszczenie ich maszyn i architektury,
wszelkiego dowodu
kultury i myśli,
śmiechu i łez.
Destrukcja wszystkiego, czym
karmiła się ta myśl,
ptaków i roślin;
erozja wszystkich skał
od najświętszej góry
do najmniejszego kamienia;
odparowanie wszystkich mórz,
zgaszenie ciał niebieskich –
aż wreszcie w tej ciszy bez granic,
obraza przestała trwać.
Dopiero wtedy nadawałem się do ludzkiej społeczności.
*** 29. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. 30. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła.
Te stare lampy, niknące z każdym dniem,
Nie zaznają nigdy ciemnych światów, o które proszą.
Te rany,
Choć karmiliśmy je od lat,
Będą jutro najświeższe ze wszystkich
Słodkich łez. I zagubione nie odnajdzie się.
Ktoś odchodzi.
Zdąża do piątej
Pory roku, gdzie słyszy
Zieleń planującą swoje liście,
I rozpadliny, i wodę,
Koordynującą moment piany.
Chce odnaleźć rodziców,
W historii ich ciał szukając
Tego, co odziedziczył. Zostawia
Swe horoskopy, jego język,
Wciąż jeszcze nierozwiązany, czeka
Na narodziny w słowie dom.